Miałam małą przerwę w umieszczaniu nowości na blogu. Wszystko to spowodowane jest tym, co zwykle, moja stała śpiewka - brak czasu. Pożyczyłabym chętnie od kogoś kilka dodatkowych godzin doby żeby móc robić tyle, ile chciałabym. Ostatni tydzień był wyjątkowo maratonowy. Ale i owocny. Tyle się działo. Czas śmignął mi tak szybko, że nawet nie zdążyłam zauważyć kiedy. Dobrze, że zostały chociaż jakieś dowody i świadkowie na to, że nie próżnowałam ani nie marnotrawiłam żadnej z jego cennych chwil. Zeszły weekend - urodziny babci w Bochni. Osiemdziesiąte urodziny- -wielka sprawa, trzeba było porządnie uczcić. A więc zabraliśmy się całymi trzema czwartymi kujawskiej rodziny i śmignęliśmy do małopolski, pić za zdrowie babci. Przed wyjazdem, oczywiście tradycyjny sms: "weź lakiery" :) I banan na buzi. Więc spakowałam kufer z pilnikami, zmywaczami, lakierami i cekinami i ruszyłam na południe. W samochodzie, powoli szła produkcja kolejnych kwiatów do szala dla pani młodej :) Produkcja przerywana co jakiś czas potrzebą odpisania na sms-a, wysyłanego w stronę Warszawy. Bo tak jakoś się złożyło, że ostatnio bardzo często myślami bywam w stolicy :) W Bochni jak to w Bochni :) Kuzynki i ciocie nie mogły się obejść bez pomalowanych paznokci. To już chyba taka mała moja tradycja, że wpadając do nich, skubię brwi, robię manicure albo maluję pazurki :) Niestety, to co dobre, rodzinne, wesołe i takie beztroskie szybko się kończy. Wróciłam do Janikowa. I znów wpadłam w wir pracy. Ale o tym wirze w innym poście :)
