Pisałam o czasie. O jego odmierzaniu, liczeniu każdej przybliżającej mnie do pewnego spotkania minuty. I kiedy w końcu nadszedł upragniony dzień, dzień oderwania się od obowiązków, od myślenia o tym co trzeba zrobić na wczoraj albo na już, kiedy przyszedł ten dzień udałam się w drogę. W drogę do stolicy :) Z telefonem w ręku, odpisując na sms-y, ustalając ostatnie szczegóły co do miejsca i godziny spotkania przejechałam 233km w poszukiwaniu szczęścia. Przed siebie, prosto, raz w lewo, raz w prawo, raz przez kałużę, raz po schodach. Idąc ścieżką wyłożoną kolorowym dywanem z jesiennych spadających liści czułam się niemal tak jak gdybym szła po czerwonym dywanie. Szłam z nie opuszczającym mojej twarzy uśmiechem, szare niebo przysłaniając od góry zielonym parasolem. Wspięłam się po jednych, dość szczerbatych schodach, potem po drugich i dotarłam na ostatnią prostą. Z oddali widać było tego pana co mieszka na Placu Zamkowym. Jakiś taki był smutny i szary...Stanęłam u jego stóp i czekałam. Aż w końcu przyszedł i ten drugi pan. Pan Troll, który rozświetlił szary, deszczowy Plac Zamkowy przepięknym słońcem, zamkniętym w uroczej roślince :)
Mała rzecz a jak bardzo cieszy :) Najbardziej wytrzymały słonecznik jakiego znam :)
Chociaż pogoda nie była zgodna z zamówieniem i tak było ciepło, miło i przytulnie. No i utwierdzam się w przekonaniu, że z odpowiednimi ludźmi nawet deszcz jest jedną wielką radością :)
A żeby dopełnić tej radości już po brzegi, na drugi dzień warszawskiej wizyty Słońce postanowiło zaprezentować swą promienną buźkę w pełnej krasie, nie chowając się za ani jedną chmurką :) Błądziło po zakamarkach rzeźb, framug, chowało się pomiędzy liśćmi kolorowych drzew...nie sposób było nie wylądować w parku. Siedząc na ławce wygrzewać się i cieszyć towarzystwem. I nawet Pan Zygmunt wyglądał na mniej surowego i groźnego i zapraszającym gestem witał wszystkich na Placu Zamkowym.
Skończyły się dwa dni w Warszawie...
Uśmiech pozostał...
Telefon też...
I ta obietnica...
Wszystkiego szczęśliwego dla wszystkich :)
Pozdrawiam :)
A żeby dopełnić tej radości już po brzegi, na drugi dzień warszawskiej wizyty Słońce postanowiło zaprezentować swą promienną buźkę w pełnej krasie, nie chowając się za ani jedną chmurką :) Błądziło po zakamarkach rzeźb, framug, chowało się pomiędzy liśćmi kolorowych drzew...nie sposób było nie wylądować w parku. Siedząc na ławce wygrzewać się i cieszyć towarzystwem. I nawet Pan Zygmunt wyglądał na mniej surowego i groźnego i zapraszającym gestem witał wszystkich na Placu Zamkowym.
Skończyły się dwa dni w Warszawie...
Uśmiech pozostał...
Telefon też...
I ta obietnica...
Wszystkiego szczęśliwego dla wszystkich :)
Pozdrawiam :)










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.